RSS
 

Archiwum z miesiaca Czerwiec, 2012

Wycieczka rowerowa. Miłosław-Pyzdry-Żerków-Miłosław cz.2/2

28 cze

Wstaję późno, około godziny 10, gdyż zakładam, że lepiej gdzieś nie dojechać i wypocząć, niż gonić z zegarkiem w ręku. Na prawo od namiotu jakiś wędkarz zaparkował samochód, jego nigdzie nie widzę. Pogoda taka sama jak wczoraj, choć około czwartej w nocy obudził mnie dudniący o tropik deszcz. Po 10 minutach krążenia wokół namiotu szykuje śniadanie, choć szykowanie ogranicza się do otwarcia słoika z flaczkami i wrzucenia na gaz. Po 5 minutach siadam na ławce i próbuje doprawić śniadanie, ale nie bardzo to wychodzi. To chyba mój ostatni zakup produktów tej firmy. Myję naczynia i wstawiam wodę na herbatę, w miedzy czasie  zaczynam się pakować. Po 20 minutach całość mam z powrotem na rowerze i około godziny 11 ruszam w kierunku Pogorzelicy, do której mam około 1km. W Pogorzelicy zatrzymuje się na wale przeciwpowodziowym, gdyż  z tego miejsca jest najlepszy widok na kościół położony nad starorzeczem, do samego kościoła nie podjeżdżam gdyż właśnie trwa msza św. Z Pogorzelicy kieruje się w stronę Żerkowa, z dwoma przystankami w Śmiełowie i Brzóstkowie. W Śmiełowie oglądam Pałac z 1797 roku, w którym znajduje się muzeum Adama Mickiewicza. Powodem powstania tu muzeum jego imienia jest pobyt wieszcza w tym miejscu w 1931 roku. Kiedy to próbował się przedostać z zaboru pruskiego, na ziemie Królestwa Polskiego objęte powstaniem listopadowym. Dwa kilometry za Śmiełowem skręcam w lewo do Brzóstkowa i kieruje się w stronę kościoła górującego nad okolicą. Dojazd do kościoła to około 300-400 metrów ostrej wspinaczki miedzy zaparkowanymi samochodami.  Przed kościołem zbierają się ludzie, część udaje się do kościoła, inni oglądają zabawki rozłożone na straganach. Po zjeździe w dół zatrzymuje się przy pięknie odrestaurowanym pałacyku z 1781 roku, oraz przy spichlerzu obronnym 1830 roku, w nie najlepszym stanie. Po kilku chwilach ruszam w kierunku Żerkowa, zaraz za Brzóstkowem czeka mnie wspinaczka na Łysą Górę, która wznosi się na 160 mnpm. Okazuje się , że nie taki diabeł straszny, w 1/3 góry mija mnie peleton sześciu chłopaków na kolarzówkach, którzy trenując robią pętle, najpierw zjeżdżają z maksymalną prędkością w dół chowając się jeden za drugi, następnie wspinają się pod górę w tempie dla mnie nie osiągalnym. Drogę między Pogorzelicą, a Żerkowem pokonuje sprawnie, większość trasy biegnie w lesie, po dobrych, mało uczęszczanych asfaltach, a więc raj dla rowerzysty. W Żerkowie zatrzymuje się przy kościele poewangelickim, następnie przez rynek ruszam w kierunku kościoła i parku. Brama z domem stróża są jedynymi pozostałościami po pałacu Radomickich z początku XVIII wieku. Te pozostałości stanowią obecnie wejście do parku, pałac rozebrali Niemcy w latach 1942-43 rękami jeńców angielskich i robotników przymusowych, na jego miejscu powstała pływalnia. Powyżej parku na wzgórzu stoi kościół barokowy budowany razem z pałacem w XVIII wieku. Kościół jest utrzymany w świetnym stanie i góruje nad miastem, od którego jest odgrodzony murem z otworami strzelniczymi. Poniżej kościoła siadam na kilka chwil pod pomnikiem 700-lecia Żerkowa, obok którego rośnie przepiękny pusty w środku jesion. W drodze powrotnej Wartę mam zamiar przekroczyć mostem kolejowym w Orzechowie, w związku z tym kieruję się w stronę Bieździadowa, droga doprowadza mnie do nasypu kolejowego łączącego Krotoszyn z Gnieznem. Poruszam się wzdłuż nasypu polną drogą, potem krótkim odcinkiem leśnej ścieżki kończącej się domem, który kiedyś był pewnie mieszkaniem dróżnika odpowiadającego za ruch na moście, gdzie ruch zwęża się do jednego toru. Jednak nie przejeżdżam na drugą stronę, a udaję się nad rzekę i robię sobie przerwę obiadową, tym razem gulasz okazuje się jadalny i przywraca mi wiarę w produkty ulubionej firmy. Po dwóch godzinach siesty, które poświęcam na czytanie książki przekraczam most i skręcam w prawo na wał przeciwpowodziowy biegnący w stronę Orzechowa. W Orzechowie, na wysokości basenu skręcam w kierunku środka wsi, następnie w stronę Czeszewa, gdzie przed tablicą informującą o początku wsi skręcam w las, którym udaję się do Miłosławia. Dukt leśny początkowo nieciekawy, w chwili gdy zaczyna biegnąć wzdłuż torów zmienia się w piękny las, z runem gęsto porośniętym jagodami. Przy przejeździe kolejowym znajdującym się w środku lasu skręcam w lewo przez tory. Drogą tą dojeżdżam do głównego duktu łączącego Orzechowo z Miłosławiem, w kierunku którego jadę. Stąd już prosta droga do domu, gdzie jak zwykle czeka mnie najgorszy element wszystkich wyjazd, czyli rozpakowanie i porządki. Na dwudniowy wyjazd wydałem 30zł. Droga, którą pokonałem w połowie biegła asfaltami, a w połowie drogami szutrowymi. Dystans około 70km. Pozdrawiam

Zdjęcia podpisane i poukładane chronologicznie.

 
 

Wycieczka rowerowa. Miłosław-Pyzdry-Żerków-Miłosław cz.1/2

26 cze

Poniżej droga jaką pokonałem w ostatni weekend rowerem na trasie Miłosław-Pyzdry-Żerków-Miłosław (mapę można powiększyć).

W ostatni weekend pokonałem rowerem ponad 70 kilometrów na trasie, którą mogę każdemu z czystym sumieniem polecić, a szczególnie jej część między Pyzdrami-Żerkowem-Orzechowem. Trasa przebiega tam przez dwa parki krajobrazowe, oraz wśród zabytków, które są znakomicie oznakowane i opisane.

W sobotę od rana jeszcze pracuję, pogoda po tygodniu opadów zrobiła się idealna na rower, trochę ponad 20 stopni, słonecznie z lekkim wiaterkiem. Około 11.30 jestem wolny, zakładam sakwy, pakuje trochę sprzętu biwakowego potrzebnego na noc i chwilę po godzinie 13.00 wyjeżdżam. Założenie jest takie, że o ile jest to możliwe na trasach dojazdowych poruszam się po polnych drogach, lub mało uczęszczanych asfaltach, gdyż jazda pomiędzy tirami do przyjemności nie należy. Jadę w kierunku Gorzyc pomiędzy lasem porastającym polodowcowe pagórki, a miłosławskimi stawami hodowlanymi. W Gorzycach zatrzymuję się przy pałacyku znajdującym się na terenie PGR-u, dalej dziurawą drogą do Kołaczkowa. Tam zatrzymuję się przy kościele, oraz przed pałacem, w którym w latach 1920-1925 przebywał Władysław Reymont, a o którym pamięć we wsi jest podtrzymywana (pałac i kościół z XiX wieku). Po kilku chwilach ruszam w kierunku Pyzdr, jednak rezygnuje z ruchliwej drogi pomiędzy Wrześnią, a Kaliszem i wybieram dłuższą, ale bardziej urozmaiconą drogę przez Wszembórz, Cieśle Wielki, Spławie i Tarnowe. Cieśle to były majątek gen. Romana Abrahama, dowódcy Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, którego grób znajduje się we Wrześni.  Za Cieślami w Spławiu chciałem sobie skrócić drogę nad Wartę poprzez żwirownie, ale ilość znaków z zakazami wjazdu jakie tam ustawiono w końcu skłoniło mnie do zawrócenia do drogi asfaltowej łączącej Spławie z Tarnowę i udanie się w jej kierunku. Po około 1000 metrach skręcam w prawo i przez las dojeżdżam to terenów zalewowych nad Wartą. Warta od ściany lasu oddalona jest o około 500 metrów.  Brzegi prawie bez krzewów i drzew, cały teren porośnięty trawą, na której wypasają się krowy i konie. Zatrzymuję się nad rzeką na mały posiłek i obserwuje kajakarzy, którzy wpływają w nurt Warty z Prosny. Po 30 minutach ruszam brzegiem w stronę Pyzdr, których kościelne wieże górują nad lasem. Już po kilku chwilach ogrodzenia pastwisk spychają mnie w kierunku lasu, aby w końcu całkowicie zahamować moją drogę. Nie chcąc się szarpać przy przekładaniu obciążonego sakwami roweru nad elektrycznym pastuchem skręcam w stronę lasu, tam trafiam w żwirową pułapkę, która zmusza mnie do pchania roweru pod górę. Cała droga pokryta jest drobnym wypukanym ze zbocza piaskiem, dodatkowo porozbijanym kopytami pędzonych tedy na pastwiska zwierząt. Na szczycie górki okazuje się, że jestem w Tarnowej, która asfaltem prowadzi mnie do Pyzdr. Gdy tylko wyjeżdżam z Tarnowej do mych uszu dobiegają odgłosy wystrzałów petard, odbiorników radiowych rozkręconych na max-a, oraz alarmów samochodowych, które wyją bez przerwy. Te odgłosy to potwierdzenie, że czereśnie dojrzały, i w otaczających Pyzdry sadach robią wszystko, aby odstraszyć szpaki, które jak się później przekonałem nad brzegiem Warty zbierają się w ogromne stada i tylko czekają na odpowiednią chwilę do ataku. Zbliżając się do miasta mogę podziwiać jego kościoły, będące usytuowane na wzgórzu i górujące na częścią miasta. Zanim pojadę je oglądać zatrzymuje się przy tak zwanym młynie holenderskim z początku XX wieku.  Następnie zwiedzam kościół parafialny z drugiej połowy XV wieku, oraz centrum miasta. Udaję się pod kościół przy klasztorze pofranciszkańskim. Całość nie robi najlepszego wrażenia, choć część tynków jest skutych, co może świadczyć o remoncie. Wyjeżdżając z Pyzdr zatrzymuje się pod sklepem i robię niezbędne zakupy, których wcześniej nie robiłem, aby nie wozić zbędnych kilogramów. Tak prawdę powiedziawszy to Pyzdry najlepiej prezentują się, gdy oglądamy je z mostu na Warcie, to wtedy możemy podziwiać piękno zabytkowych budynków położonych na skarpie nad Wartą. Po przejechaniu na druga stronę rzeki skręcam w prawo w kierunku stadionu miejskiego. Tam zatrzymuje się przy kapliczce usytuowanej na małym kopcu, który jest skąpany w kolorowych kwiatach gęsto go porastających. Ta część trasy to południowo-zachodni koniec Nadwarciańskiego Parku Krajobrazowego, który kończy się przy ujściu Prosny do Warty, i w jej kierunku zmierzam. Początkowo jadę przy Warcie, której brzeg obrastają wierzby, oraz górujące nad nimi strzeliste topole. Jednak z każdym pokonanym metrem drzew coraz mniej, a droga jaka dzieli wał przeciwpowodziowy od rzeki robi się coraz większa, wolną przestrzeń zajmuje trawa, a niżej położone miejsca roślinność wodna i bagienna. Kiedy już z daleka mogę oglądać topole wyznaczające bieg Prosny napotykam płytkie starorzecze, które zataczając szeroki łuk w całości przegradza teren zalewowy zmuszając mnie do odwrotu z pułapki, w którą się dostałem. Cofam się, rower podpycham pod wał przeciwpowodziowy, na którego zewnętrznej stronie biegnie droga szutrowa, którą poruszam się, aż do Rudy Komorskiej, w między czasie przejeżdżam obok wieży wiertniczej usytuowanej w widłach Warty i Prosny. Po przejeździe przez most na Prośnie w Rudzie Komorskiej, po raz kolejny skręcam w prawo i podążam wzdłuż rzeki z powrotem w kierunku Warty. Gliniastą polną drogę wypełniają głębokie kałuże, które o ile to możliwe omijam slalomem. Do czasu dojechania do Warty brzegi Prosny porastała kukurydza i owies, tu teren nadbrzeżny po raz kolejny zmienia się w rozległe łąki z rzadką porośnięte drzewami. I tu też po raz kolejny zmuszony jestem podpychać rower pod wał, który na moje oko ma 5 metrów wysokości, jest gęsto porośnięty pokrzywami i na tyle stromy, że rower obciążony sakwami chce wywinąć koziołka w tył. Dla jadących tą trasą proponuje jechać szczytem wału przeciwpowodziowego, który uchroni nas od takich niespodzianek, a także zapewni możliwość dokładniejszej obserwacji okolicy. Po przejechaniu około 3-4km wałem zjeżdżam w stronę Warty i szukam miejsca na biwak, które znajduje po 5 minutach. Miejsce chyba idealne, nad samą wodą znajduje stolik z ławkami, miejsce na ognisko wytyczone kamieniami, a z boku drewno na opał, z którego korzystam. Po rozbiciu namiotu i rozpakowaniu sakw przynoszę jeszcze brakującą ilość opału, teraz okazuje się, że przesiąknięte kilkudniowymi opadami drewno nie chce się rozpalić. Lekko zmęczony próbami rozdmuchania ogniska, po raz kolejny udaję się po rozpałkę. Zbieram tylko gałązki wiszące w powietrzu, a wiec takie, które wiatr szybciej osuszy. Tym razem się udaje, i zasiadam przy ognisku piekąc kiełbaski. Po przejechaniu około 40km w niecałe 7 godzin, o godzinie 23.30 idę spać.  CDN

Poniższe zdjęcia są podpisane i ustawione chronologicznie.

 
 

Jerzy Adamuszek

22 cze

Jerzy Adamuszek to osoba nie tylko poprzez podróże spełniająca swoje marzenia, ale ktoś kto aktywnie uczestniczy w organizacji imprez sportowo-turystycznych, oraz integracji Polonii w Kanadzie. Urodził się w 1955r. w Kluczach k. Olkusza. Wychował na skraju pustyni Błędowskiej. Po ukończeniu geografii na Uniwersytecie Jagielońskim żeni się i wyjeżdża do Kanady. Jednak wcześniej zwiedza Polskę,  oraz Syberię Zachodnią.  Wyjazd do Kandy pozwala mu spełnić marzenia o podróżowaniu, jednak i tam trzeba na nie solidnie zapracować. Ima się różnych zajęć, ale w końcu udaje mu się znaleźć pracę jako geodeta, a później przy opracowywaniu map dla niewidomych. Po wyjeździe do Ameryki Pł. podróżowanie zaczął od dokładnego poznania tego kontynentu, z czasem zapuszczając się co raz dalej. Nie zapominając o organizowaniu imprez w Montrealu, w którym się osiedlił.

Ma trzy wpisy w Księdze Rekordów Guinnessa:

-samotny przejazd samochodem z Alaski poprzez dwie ameryki do Ziemi Ognistej trasę 23 527 km pokonał w 18 dni, 11 godzin, 45 minut.

Więcej na   http://wyprawy.onet.pl/10657,472,1305389,,,szalenczy_rajd_przez_obie_ameryki,ekspedycja.html

-Odkrycie, że Montreal jest największym w świecie miastem-wyspą, leżącym pomiędzy rzekami (252 km kw).

-Odkrycie najdłuższego w świecie transkontynentalnego połączenia wodnego, biegnącego przez Amerykę Północną z Zatoki Meksykańskiej do Morza Beauforta (10 682 km).

Niektóre wyprawy:

  • 1982 rowerem przez Góry Skaliste z Calgary do Victorii i z powrotem (2300 km);
  • 1996 z Montrealu do Nowego Yorku rowerem i kajakiem (600 km);
  • 1994 samotny rajd rowerowy po Kubie (1500 km);
  • 1994 wraz z trzema kolegami przejechał samochodem po krajach południowej części Afryki (około 10 000 km);
  • 1996 udział w rajdzie samochodowym GM „Aurora Vacation Challenge” (Detroit – Los Angeles 10 000 km);
  • 1999 i 2000 dwukrotnie uczestniczył w wyprawie sponsorowanej przez „National Geographic” – „To the sources of Amazon 2000”;
  • 1999 zdobył 2 wulkany w Ekwadorze: Cotopaxi i Cayambe;
  • 2004 członek wyprawy dżipami przez Australię (9000 km): „Strzelecki Traces Expedition 2004”;
  • 2005 zdobył najwyższy szczyt w Andach – Aconcagua 6961 m n.p.m.;
  • 2008 spłynął kajakiem Wisła (1059 km);
  • 2010 odbył 800 km pielgrzymkę, z Francji przez Pireneje do Santiago de Compostela w płn-zach Hiszpanii.
 

Wycieczka rowerowa, Miłosław-Środa Wielkopolska-Miłosław

18 cze

Opisuje dziś wycieczkę rowerową jaką odbyłem na trasie Miłosław-Środa Wielkopolska-Miłosław.

Z domu wyjechałem około 10.30, jadę w kierunku Winnej Góry, przejeżdżam obok strzelnicy sportowej, na której odbywają się zawody, następnie przy browarze Fortuna. Chwilę później jadę kasztanową aleją, która doprowadzi nas do Winnej Góry, po lewej oglądam malowniczy stawek pod lasem. W Winnej Górze zatrzymuje się przy pałacu, w którym można oglądać ekspozycję poświęconą gen. Henrykowi Dąbrowskiemu, a który spoczywa w miejscowym kościele. Teraz bez przystanków jadę w kierunku Środy. Droga na całej długości porośnięta drzewami, głównie klonami, które szczelinie zakrywają drogę chroniąc przed upałem. Wyjątkiem od tego klonowego baldachimu są dwa odcinki alei obsadzonej czereśniami i jabłoniami, co też ma swoje zalety. Wjeżdżając do Środy jadę na wprost w kierunku wieży ciśnień z początku XX wieku, obok której stoi pomnik Henryka Dąbrowskiego. Następnie krążę po rynku i przylegających do niego wybrukowanych uliczkach, które zachowały średniowieczny układ urbanistyczny. Spod kolegiaty z początków XV wieku udaję się do oddalonej o kilka metrów biblioteki miejskiej, która do 1939 roku służyła miejscowym żydom jako synagoga. Na jej ścianie wisi już mało czytelna tablica informująca o tym fakcie. Obok znakomicie utrzymanego poewangelickiego kościoła stoi przepiękny budynek liceum, przed którym zatrzymuję się na małą przerwę. Następnie ruszam w kierunku cmentarza,  na przeciwko którego oglądam nieużytkowaną ewangelicką kaplicę z początku XX wieku. Kaplica choć nie używana, jest w niezłym stanie, teren w koło uporządkowany. Za cmentarzem skręcam w prawo i przez park dojeżdżam do zalewu, przy którym budowana jest nowa droga. Na zaporze fotografuje przepiękną kaczkę pływającą w wodzie, która nie zachęcała do kąpieli, ale ja mam wybór, kaczka nie. Po dwóch godzinach w Środzie wracam do domu, jednak częściowo inną trasą. Zamiast przez Szlachcin jadę przez Czarne Piątkowo. Prawie na całej długości trasy aleja czereśniowa, której sądząc po ilości zaparkowany pod nią samochodów nikt nie dzierżawi. W Winnej Górze znów zbaczam z asfaltu. Polną drogą jadę w kierunku Białego Piątkowa, jednak gdy tylko zaczyna się las skręcam w lewo i przejeżdżam obok zagradzającej drogę kłody. Wąską, porośniętą pokrzywami dróżką dojeżdżam do skarpy będącej pozostałością po zamkniętej żwirowni. Urwisko pozostałe po wybieraniu piasku z wnętrza góry ma około 15-20metrów. Po wejściu na jego szczyt mogę obserwować okolicę ponad drzewami. Sama nazwa Winna Góra pochodzi od uprawianych na jej zboczach w średniowieczu winorośli, podobno klimat był cieplejszy i uprawy winogron bardziej udane. Kolejnym punktem wyjazdu jest umieszczony na szczycie góry krzyż, który góruje nad okolicą. Jako pierwszy krzyż w tym miejscu umieścił syn gen. Dąbrowskiego, Bronisław. Krzyż jest drewniany, więc kiedy powalą go warunki atmosferyczne jest wymieniany na nowy. Cały ten teren ze względu na strome zbocza jest świetnym miejscem na jazdę rowerem mtb. Zjeżdżając na drugą stronę zbocza zatrzymuję się przy obrośniętych winobluszczem sosnach, który wspina się po pniach na wysokość 10-12m. Całość przypomina raczej amazońską dżunglę, niż las pod Miłosławiem. Po kilku minutach ruszam dalej wzdłuż stawu, w kierunku Miłosławia, który widzę na horyzoncie. Po 5 godzinach i przejechaniu około 40km jestem z powrotem w domu.

 
 

Spływ kajakowy rzeką Wrześnicą, od Sokolnik do ujścia w Warcie

16 cze

Spływ kajakowy Wrześnicą nie należy do łatwych, gdyż rzeka jest mała, kręta, a poprzez brak melioracji (za co dziękuje) gęsto zarośnięta. Przenosiny kajaka nie należą do rzadkości.  Spływu na pewno nie można nazwać rekreacyjnym, tym bardziej, że mam ze sobą namiot, śpiwór, oraz resztę potrzebnych rzecz i żywności na dwa dni. Aby spływ na tak małej rzece się udał musi być w nim odpowiednia ilość wody, ja się wybrałem po kilkudniowych opadach, choć opady to w tym miejscu mało powiedziano, bo brzegi był zawalone połamanymi konarami, a nawet drzewami powyrywanymi z korzeniami (patrz foto). Drugim terminem są wiosenne roztopy, choć to dla hardkorów, gdyż częste wychodzenie z kajaka i jego przenoszenie na pewno skończy się pomoczeniem, latem to mały kłopot, a czasem i przyjemność. Przy niskich temperaturach sytuacja mało komfortowa, która szybko zabije chęć do przebywania na łonie przyrody. Wyjazd z domu przed południem w sobotę. Po 30 minutach jesteśmy na w Sokolnikach. Teren jest tu pofałdowany, wszystko skąpane w 30 stopniowym słońcu. Jeszcze tylko chwila poszukiwań odpowiedniego do zwodowania kajaka miejsca, które znaleźliśmy przy betonowym mostku miedzy polami, i jestem na wodzie. Tak na oko woda w rzece jest czysta, temperatura na pewno powyżej 20 stopni, kolor lekko brązowy, podobny do koloru wody w starorzeczach, czy na torfach. W wodzie trochę ryb, widziałem płotki i okonie. Co do ich ilości i wielkości trudno się wypowiedzieć, gdyż płynąc większość płoszę. Rzeka płynie wśród pól, bardzo rzadko przez skrawek jakiegoś lasu. Jednak brzegi są gęsto zarośnięte krzewami, oraz drzewami. Przy Pyzdrach  płyniemy przez sady owocowe, w tym miejscu rzeka jest zmeliorowana.  Na pozostałym odcinku wije się niczym wąż, co można zobaczyć tylko płynąć po niej. Głębokość, jak i szerokość  zmienia się za każdym zakrętem. Raz płyniemy 5-6 metrowym korytem,  rozświetlonym słońcem, ukazującą przepiękną roślinność wodną, a chwilę później wąskim kanałem obrośnięty tatarakiem, w którym ponad dwumetrowe wiosło nie dotyka dna. Rzeką da się płynąć tak naprawdę dzięki rolnikom, którzy aby mieć swobodny dostęp do pól po jej drugiej stronie utwardzali kamieniami przejazdy dla traktorów, mimowolnie spiętrzając wodę. Brzegi rzeki łączy wiele malowniczo wyglądających kładek, które dla nas są przeszkodą. Na noc zatrzymuję się jakieś 700-900 metrów od zabudowań, jednak nie potrafię określić jaka to wieś. Namiot rozbijam na prawym brzegu rzeki, na skraju małego lasku, który zapewni mi opał, oraz schowa ognisko. Wstaję około 9 rano, dobre śniadanie i o godzinie 10 jestem na rzece. Tutaj rzeka płynie wśród traw, a czasem pod nimi, bo wody prawie nie widać. Samo ujście do Warty, do której wpływam około południa, mało efektowne, może metrowej szerokości. Teraz spływ Wartą. 25 kilometrów dzielących mnie od Czeszewa pokonuję w 6 godzin. Pokonanie 10-12 kilometrów Wrześnicy zajęło mi 24h. Nie powiem, że było łatwo, ale na pewno było warto.

 
 

Uroczysko Warta

13 cze

Poniżej mapka obrazująca teren w widłach Warty i Lutyni. Na mapce droga jaką pokonałem, ale co ważniejsza zaznaczone trzy ścieżki edukacyjne, oraz inne ciekawe punkty (mapkę można powiększyć).

Do uroczyska dojeżdżam samochodem od strony Dębna, parkuje na wyznaczonym przed wałem miejscu. Obok przygotowane miejsce na piknik, lub odpoczynek. Całość zaopatrzona w ławki z daszkiem, kosze na śmieci, oraz dokładną informację jak się poruszać po terenie. Wchodzę na wał przeciwpowodziowy i ruszam w dół rzeki po ścieżce edukacyjnej. Wzdłuż trasy informacje dotyczące roślin, zwierząt, oraz terenu, który pokonujemy. Po około 500 metrach przy progu spiętrzającym wodę na Lutyni spotykam rowerzystę z Gostynia na kilkudniowym wyjeździe. Na tym odcinku Lutynia wije się przy wale, raz po raz znikając w gęstym debowo-jesionowo-grabowym lesie. Po około 700-800 metrach od mostu przy, którym zacząłem wędrówkę rzeka odsuwa się od wału chowając w gęstych zaroślach, będących mieszaniną trzcin, pokrzyw, oraz wysokich na około 120 cm roślin obsypanych fioletowymi kwiatami. Schodzę z wału w kierunku rzeki, która wąską stróżką płynie szeroką doliną z rzadka porośniętą ogromnymi wierzbami ponadgryzanymi przez bobry. Rzeka, choć wydaje się płytka, jest zasobna w ryby (w większości płotki). Drobnica uwija się nad piaszczysty dnem wygrzewając w słońcu, większe chowają się przy progach spiętrzających wodę, lub przy zwalonych pniach, pod którymi woda wyryła ogromne jamy(patrz uważnie na zdjęcia). Idąc wzdłuż brzegu doceniam spodnie, które pomimo ponad 20 stopni przezornie założyłem. Docieram do Warty, w którą Lutynia naniosła biały jęzor piasku efektownie odbijającego się od jej ciemnej toni. Kilka łyków wody i cofam się do zwalonych pni, po których przekraczam rzekę.  Ta strona jest wyżej położona, miedzy ogromnymi topolami rośnie ostra trawa, co wygląda niezwykle malowniczo. Skręcam w lewo w kierunku Warty, nad jej brzegiem robię przerwę. Po posiłku wracam w kierunku Lutyni, i dosłownie przedzieram się przez zarośla, w których miejscami pewnie mnie nie widać. Wracam w górę rzeki do kanału regulującego poziom wody w starorzeczach Kierzek i Podkowa. Na miejscu okazuje się, że  mnich regulujący ilość wody w rozlewiskach został zniszczony przez wodę. Rozmyciu uległ wał okalający zastawkę. Pomimo tego, że zastawka została zniszczona woda w dużej ilości pozostała w lesie, gdyż 50 metrów powyżej tego miejsca został usypany próg spiętrzający z kamieni, który wydaje szmer niczym górski potok. Mały minus to tabliczki informujące o pochodzeniu środków, z których finansowano prace w dorzeczu Warty. Po prostu przewróciłem się o jedną z nich, gdyż są wbite w ziemię, a mając około 50cm wysokości całkowicie chowają się w poszyciu, ale to pewnie mądrzejsi ode mnie wymyślili. Ruszam w górę kanału, który z każdym metrem tężeje, gesty las wokół prawie całkowicie zamknął dostęp słońca do podszycia, tylko w kilku miejscach rosną rzadko konwalie. Cały czas posuwając się w górę kanału przechodzę drogę biegnącą przez uroczysko. Na całej szerokości uroczyska leży niezliczona ilość powalonych drzew, jednak właśnie tu na lewo od Starorzecza Podkowa leży ich najwięcej, powalone ogromne dęby jeszcze długo będą ozdobą tego miejsca. Kilka minut później trochę na lewo od miejsca, w który kanał dochodzi do Lutyni oglądam ogromne jesiony porośnięte mchem. Po zwalonym dębie przechodzę kanał na drugą stronę, teraz z nurtem do mostu nad Lutynią. Po około 4 godzinach kończę wycieczkę, tak na oko przeszedłem około 4-5 km. Co muszę przyznać jestem zmęczony,ale zadowolony.

 
Brak komentarzy

Kategoria: Pieszo

 

Dębno Nad Wartą

10 cze

Jadąc nad rzekę Lutynię zatrzymałem się w Dębnie Nad Wartą, które swoją historią dorównuje dużo większym od siebie miejscowością. Czas zwiedzania to około 1-2 godzin, w sam raz na wycieczkę rowerową. Wszelkie informacje o zabytkach, oraz miejscowości wyczytamy z tablic informacyjnych. Dojazd przez Orzechowo, a następnie promem przez Wartę, lub przez Wolicę Kozią. Ja jadę przez Wolicę Kozią bo tą drogę uważam za atrakcyjniejszą. Sama Wolica jest zatopiona w małej dolinie, otoczona zalesionymi wzgórzami. Zabudowa z początków XX wieku, o czym informują napisy na murach. Część zabudowań przerobiona na gospodarstwa agroturystyczne. W centrum miejscowości figura Matki Boskiej zbudowana w 1945 roku, wyjątkowo przyozdobiona, gdyż jest dziś święto Bożego Ciała. Co do walorów agroturystycznych miejscowości nie trzeba przekonywać oglądając poniższe zdjęcie. Dodatkowo w pobliżu Warta, kilka starorzeczy, rezerwaty przyrody, trasy rowerowe, czy nordic walking.Następnie udaję się drogę szutrową do Dębna. Po lewej i prawej stronie ścisły rezerwat, który można podziwiać tylko z drogi. Dojazd do Dębna zajmuje około 15 minut. Same Dębno to stara wieś, o której wzmianki pochodzą już z XIII wieku. 1447 roku ukończono budowę gotyckiego kościoła, którego fundatorem był Wincenty Kot, późniejszy arcybiskup gnieźnieński i prymas. Obok kościoła klasycystyczna dzwonnica, oraz figura św. Jana Niepomucena XIX wieku. Wokół kościoła jak i plebani mnóstwo figur Świętych, oraz dokładna informacja o zabytkach jak i historia Dębna. W zamkniętym dla zwiedzających i zaniedbanym parku znajdują się ruiny XIX wiecznego pałacu, oraz mauzoleum. Aby je zobaczyć trzeba przeskoczyć ogrodzenie, oraz przedzierać się przez pokrzywy, które miejscami sięgają ramion. Jestem pewien, że warto tu zajrzeć i ciekawie spędzić czas.

 
 

Tony Halik

10 cze

Postanowiłem opisywać polskich podróżników zaczynając od Tonego Halika. Wybór padł na Tonego, gdyż obecnie jestem na etapie czytania książki o dziwo jego żony i towarzyszki podróży Elżbiety Dzikowskiej (książka 4 tomy „Groch i kapusta”) . Z tej dwójko zaczynam od Tonego, gdyż nie ma już go między nami, a pani Elżbieta jest ciągle  w podróży.

Tony Halik, właściwie Mieczysław Sędzimir Antoni Halik ur. 24.01.1921 w Toruniu. Syn Zbigniewa i Heleny z domu Krasuckiej. Rodzice byli właścicielami majątków ziemskich Tupadło, a następnie Żabin. Pierwszą jego podróżą w wieku 14 lat był spływ tratwą jako flisak na trasie z Płocka do Wolnego Miasta Gdańsk. W Płocku uczył się w słynnej „Małachowiance” najstarszej szkole w Polsce. Gdy wybuchła II wojna światowa przez Rumunię i Francję dostał się do Wielkiej Brytanii, gdzie służył w Dywizjonie 201. Był dwukrotnie zestrzelony. Raz nad Kanałem La Manche, gdzie po kilku godzinach spędzonych w wodzie został wyłowiony nieprzytomny. Drugi raz nad Francją, gdzie schronienia udzieliła mu jego późniejsza żona Pierrette Andree Courtin (ślub 1946 rok). Po zestrzeleniu nad Francją w 1943 roku partyzanci pomogli mu poprzez Hiszpanie wrócić do Wielkiej Brytanii. To tam zaczął przygodę z dziennikarstwem pisząc artykuły podczas rekonwalescencji w Szkocji. Filmował samoloty, również te zestrzelone. Za swoje dokonania wojenne wielokrotnie odznaczony przez Polaków, Francuzów oraz Brytyjczyków. Po wojnie wysłany do Afryki, gdzie pracował jako budowniczy mostów i lądowisk. To tam zetknął się po raz pierwszy z kulturami i ludami pierwotnymi. W 1948 roku wraz z żoną wyemigrował do Argentyny, gdzie za pozwoleniem władz Polskich w 1952 roku przyjął obywatelstwo, które umożliwiało mu swobodne podróżowanie.  Tam zmienił jego trudne do wymówienia imiona na Antonio, które jego przyjaciele skrócili do Tony. Początkowo Pracował jako pilot, następnie jako fotograf w ekipie obsługującej Juana Perona – ówczesnego prezydenta.  Często wybierał się wraz z żoną w głąb dżungli, gdzie obserwował dziką przyrodę, oraz żyjące tam plemiona Indian. Po za pierwszy na poszukiwanie indiańskich plemion popłyną żaglówką, którą nazwał „Halikówka” po rzece Parana. Publikował w Life, Time and Life, Sport Magazine, oraz rozpoczął współpracę z NBC. To wtedy zaczęło się jego prawdziwe życie podróżnika, reportera. Przemierzał dżunglę poznając życie Indian, po jakimś czasie stając się jednym z nich otrzymując przydomek „Białego Indianina”. W tym czasie powstały książki „200 dni w Mato Grosso” i „Z kamerą i strzelbo przez Mato Grosso”. Najsłynniejszą podróż rozpoczął w 1957 roku wraz z żoną, jeepem i psem Wally’m. Pokonał 182624km od Ziemi Ognistej do Alaski. Podróż trwała 1536 dni i kosztowała 80000 dolarów. Podróż została opisana w książce „180000 kilometrów przygody”. W latach 60-tych był korespondentem NBC na Amerykę Łacińską, tam w 1974 roku poznał Elżbietę Dzikowską, która stała się nierozłączną towarzyszką jego podróży. W Polsce stworzyli programy, z których ich znamy „Tam, gdzie pieprz rośnie, Tam, gdzie rośnie wanilia” i „Pieprz i wanilia”. Halik i Dzikowska wraz z prof. Guillenem dotarli do legendarnej stolicy Inków Vilcabamby i jako pierwsi potwierdzili autentyczność tego miejsca. Ze swoich podróży przywoził maski, amulety,trofea myśliwskie, broń. Był również zapalonym żeglarzem, interesował się bojerami i tematyką ufo. Tony Halik zmarł 28.05.1998r. został pochowany na Cmentarzu Bródnowskim. Po śmierci trafił również do popkultury poprzez zwrot „Tu byłem Tony Halik” w  zabawny sposób ukazujący wyczyny podróżnika.

Gdzie można znaleźć podpis Tonego Halika:

  • W chińskich ciastkach z przepowiednią.
  • W stronach linkujących do tego hasła.
  • Pod warstwą szpachli na dużym fiacie.
  • Zamiast napisu „Palenie zabija”.
  • W zupie zamiast muchy.
  • Na ławkach w szkole.
  • Na odwrocie rachunku z biura podróży.
  • W lodówce.
  • Na kapselkach od Tymbarków.
  • W majtkach dziewicy.
  • Wszędzie, gdzie się da
  • Gdzie się nie da, też
 

Rezerwat Lutynia

06 cze

Jest chwilę po południu w niedziele, choć to już początek czerwca nie ma więcej niż 15 stopni celsjusza. Wiatr przegania chmury w zawrotnym tempie ukazując co kilka chwil błękitne niebo. Pełen nadziej na utrzymanie się pogody (jaka by nie była) pakuje do samochodu mój pneumatyczny kajak (coś ala ponton), biorę kiełbasę na ognisko, trochę chleba i butelkę wody. Kierunek rezerwat Lutynia. W 15 minut po wyjeździe z domu jestem nad Wartą w Orzechowie, jakieś 100m poniżej ujścia Lutyni do Warty. Warta niska, poziom wody jak podczas letnich suszy. Po obu stronach rzeki ukazały się białe łach, które przypominają raczej egzotyczne plaże niż polską rzekę. Widać to szczególnie miedzy ostrogami, które dopiero teraz pokazują, że sięgają w 1/3 nurtu. O dziwo, pomimo tego, że rzeka płynie zaraz za wałem chroniący 2,5 tysięczną miejscowość nad wodą jestem sam. Brzeg Warty od strony Orzechowa zamieniony w łąki i pola uprawne, pomimo tego, że nie wygląda jakość specjalnie zachęcająco to on właśnie sprawił, że jest tu takie bogactwo ptaków. Ptaki potrzebują nie tylko ciszę i spokój jakie znajdą w lesie, ale także miejsca do żerowania, które znajdą na łąkach. Tak w sposób nieumyślny wycinając część drzew umożliwiliśmy rozwój tego środowiska. Jednak moim celem jest druga strona rzeki, o wysokich brzega, gęsto porośniętych ponad 100-letnim okresowo zalewanym wodą lasem. Rosną tu dęby, których pnie są strzeliste niczym sosny, co jest efektem walki o słońce w gęsty lesie. Drzewostan uzupełniają 30 metrowe graby i jesiony. W 10 minut kajak przygotowany, ja spakowany, więc ruszam. Rzeka przy niskim stanie wody jest malownicza i senna, ale szybko się okazało, że łatwo dostępny brzeg zmienił się w małą skarpę, którą z 35 kg balastem długości czterech metrów nie tak łatwo pokonać. Chcąc, nie chcąc przeniosłem się dziesięć metrów w górę rzeki do małego rowu melioracyjnego, którym spokojnie  zwodowałem kajak. Płynę w gorę rzeki blisko brzegu, aby nie męczyć się w głównym nurcie, lub o ile to możliwe zabrać się w prądzie wstecznym, szczególnie między ostrogami, oraz podmytym brzegiem. Zmieniam brzeg, aby płynąć po wewnętrznej stronie zakola. Przepłyniecie 1km zajmuje mi około 20-30 minut. Oglądam powalone do wody olbrzymie dęby, w których korzeniach bobry drążyły jamy, w ten sposób ułatwiając wodzie naruszenie brzegu we wspólnym dziele zniszczenia. W końcu dopływam do miejsca przeznaczenia, jest to betonowa zastawka łącząca Wartę z jej starorzeczem znajdującym się około 50metrów od koryta rzeki. Celów jej postawienia jest kilka, główne to przyjmowanie wody z rzeki przy jej wysokim stanie (naturalna retencja), oraz utrzymanie wody w lesie, gdy jej poziom w rzece opadnie. Tyle informacji ogólnych teraz to co najważniejsze, przyroda. Pomimo tego, że pod lasem jestem już od 40minut zapach jaki poczułem wspinając na skarpę nie da się opisać. Woda w starorzeczu przezroczysta, lekko brunatna, dno pokryte dębowymi liśćmi, których kożuch sięga 30 cm. Kanał łączący rzekę ze starorzeczem prawie suchy,  zostawiam kajak przy zastawce. Zabieram plecak, aparat i w drogę. Po przejściu około 200 metr wzdłuż brzegu zacząłem się martwić o kajak, który chwilę wcześniej beztrosko zostawiłem. A może ktoś postanowi go zwodować, lub pozbawić powietrza bez mojego pozwolenia. Po wykonaniu kilku zdjęć postanowiłem się cofnąć i zwodować kajak na starorzeczu. Woda w starorzeczu mocno zacieniona wydawała się zimniejsza niż w Warcie, brzegi grząskie i przy wydzielającym się siarkowodorze trochę śmierdzące. Jednak już po chwili siedziałem wygodnie w kajaku z aparatem w ręku rozkoszując się widokami. Po około 600-700 metrach starorzecze zamieniło się wąski kanał porośnięty tatarakiem, łączący długie wąskie starorzecze z niemal idealnie okrągłym jeziorkiem o średnicy 200 metrów znajdującym się pośrodku polany otoczonej dębami. Tu bez strachu o kajak zostawiłem go, a sam udałem się na spacer po lesie. Po około dwóch godzinach i zwiedzeniu jeszcze jednego starorzecza udaję się w drogę powrotną. Zatrzymuję się jeszcze przy ujściu Lutyni i podziwiam skarpę jaką utworzyła to drobna rzeczka nanosząc piasek w nurt Warty. Po dotarciu do samochodu rozpalam mini ognisko, piekę kiełbaski pakując jednocześnie sprzęt to samochodu. Do domu docieram trochę ponad 5 godzin po wyjeździe szczęśliwy, że zdążyłem przed deszczem, oraz zaopatrzony w ponad 70 zdjęć.