RSS
 

Wycieczka rowerowa. Miłosław-Pyzdry-Żerków-Miłosław cz.1/2

26 cze

Poniżej droga jaką pokonałem w ostatni weekend rowerem na trasie Miłosław-Pyzdry-Żerków-Miłosław (mapę można powiększyć).

W ostatni weekend pokonałem rowerem ponad 70 kilometrów na trasie, którą mogę każdemu z czystym sumieniem polecić, a szczególnie jej część między Pyzdrami-Żerkowem-Orzechowem. Trasa przebiega tam przez dwa parki krajobrazowe, oraz wśród zabytków, które są znakomicie oznakowane i opisane.

W sobotę od rana jeszcze pracuję, pogoda po tygodniu opadów zrobiła się idealna na rower, trochę ponad 20 stopni, słonecznie z lekkim wiaterkiem. Około 11.30 jestem wolny, zakładam sakwy, pakuje trochę sprzętu biwakowego potrzebnego na noc i chwilę po godzinie 13.00 wyjeżdżam. Założenie jest takie, że o ile jest to możliwe na trasach dojazdowych poruszam się po polnych drogach, lub mało uczęszczanych asfaltach, gdyż jazda pomiędzy tirami do przyjemności nie należy. Jadę w kierunku Gorzyc pomiędzy lasem porastającym polodowcowe pagórki, a miłosławskimi stawami hodowlanymi. W Gorzycach zatrzymuję się przy pałacyku znajdującym się na terenie PGR-u, dalej dziurawą drogą do Kołaczkowa. Tam zatrzymuję się przy kościele, oraz przed pałacem, w którym w latach 1920-1925 przebywał Władysław Reymont, a o którym pamięć we wsi jest podtrzymywana (pałac i kościół z XiX wieku). Po kilku chwilach ruszam w kierunku Pyzdr, jednak rezygnuje z ruchliwej drogi pomiędzy Wrześnią, a Kaliszem i wybieram dłuższą, ale bardziej urozmaiconą drogę przez Wszembórz, Cieśle Wielki, Spławie i Tarnowe. Cieśle to były majątek gen. Romana Abrahama, dowódcy Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, którego grób znajduje się we Wrześni.  Za Cieślami w Spławiu chciałem sobie skrócić drogę nad Wartę poprzez żwirownie, ale ilość znaków z zakazami wjazdu jakie tam ustawiono w końcu skłoniło mnie do zawrócenia do drogi asfaltowej łączącej Spławie z Tarnowę i udanie się w jej kierunku. Po około 1000 metrach skręcam w prawo i przez las dojeżdżam to terenów zalewowych nad Wartą. Warta od ściany lasu oddalona jest o około 500 metrów.  Brzegi prawie bez krzewów i drzew, cały teren porośnięty trawą, na której wypasają się krowy i konie. Zatrzymuję się nad rzeką na mały posiłek i obserwuje kajakarzy, którzy wpływają w nurt Warty z Prosny. Po 30 minutach ruszam brzegiem w stronę Pyzdr, których kościelne wieże górują nad lasem. Już po kilku chwilach ogrodzenia pastwisk spychają mnie w kierunku lasu, aby w końcu całkowicie zahamować moją drogę. Nie chcąc się szarpać przy przekładaniu obciążonego sakwami roweru nad elektrycznym pastuchem skręcam w stronę lasu, tam trafiam w żwirową pułapkę, która zmusza mnie do pchania roweru pod górę. Cała droga pokryta jest drobnym wypukanym ze zbocza piaskiem, dodatkowo porozbijanym kopytami pędzonych tedy na pastwiska zwierząt. Na szczycie górki okazuje się, że jestem w Tarnowej, która asfaltem prowadzi mnie do Pyzdr. Gdy tylko wyjeżdżam z Tarnowej do mych uszu dobiegają odgłosy wystrzałów petard, odbiorników radiowych rozkręconych na max-a, oraz alarmów samochodowych, które wyją bez przerwy. Te odgłosy to potwierdzenie, że czereśnie dojrzały, i w otaczających Pyzdry sadach robią wszystko, aby odstraszyć szpaki, które jak się później przekonałem nad brzegiem Warty zbierają się w ogromne stada i tylko czekają na odpowiednią chwilę do ataku. Zbliżając się do miasta mogę podziwiać jego kościoły, będące usytuowane na wzgórzu i górujące na częścią miasta. Zanim pojadę je oglądać zatrzymuje się przy tak zwanym młynie holenderskim z początku XX wieku.  Następnie zwiedzam kościół parafialny z drugiej połowy XV wieku, oraz centrum miasta. Udaję się pod kościół przy klasztorze pofranciszkańskim. Całość nie robi najlepszego wrażenia, choć część tynków jest skutych, co może świadczyć o remoncie. Wyjeżdżając z Pyzdr zatrzymuje się pod sklepem i robię niezbędne zakupy, których wcześniej nie robiłem, aby nie wozić zbędnych kilogramów. Tak prawdę powiedziawszy to Pyzdry najlepiej prezentują się, gdy oglądamy je z mostu na Warcie, to wtedy możemy podziwiać piękno zabytkowych budynków położonych na skarpie nad Wartą. Po przejechaniu na druga stronę rzeki skręcam w prawo w kierunku stadionu miejskiego. Tam zatrzymuje się przy kapliczce usytuowanej na małym kopcu, który jest skąpany w kolorowych kwiatach gęsto go porastających. Ta część trasy to południowo-zachodni koniec Nadwarciańskiego Parku Krajobrazowego, który kończy się przy ujściu Prosny do Warty, i w jej kierunku zmierzam. Początkowo jadę przy Warcie, której brzeg obrastają wierzby, oraz górujące nad nimi strzeliste topole. Jednak z każdym pokonanym metrem drzew coraz mniej, a droga jaka dzieli wał przeciwpowodziowy od rzeki robi się coraz większa, wolną przestrzeń zajmuje trawa, a niżej położone miejsca roślinność wodna i bagienna. Kiedy już z daleka mogę oglądać topole wyznaczające bieg Prosny napotykam płytkie starorzecze, które zataczając szeroki łuk w całości przegradza teren zalewowy zmuszając mnie do odwrotu z pułapki, w którą się dostałem. Cofam się, rower podpycham pod wał przeciwpowodziowy, na którego zewnętrznej stronie biegnie droga szutrowa, którą poruszam się, aż do Rudy Komorskiej, w między czasie przejeżdżam obok wieży wiertniczej usytuowanej w widłach Warty i Prosny. Po przejeździe przez most na Prośnie w Rudzie Komorskiej, po raz kolejny skręcam w prawo i podążam wzdłuż rzeki z powrotem w kierunku Warty. Gliniastą polną drogę wypełniają głębokie kałuże, które o ile to możliwe omijam slalomem. Do czasu dojechania do Warty brzegi Prosny porastała kukurydza i owies, tu teren nadbrzeżny po raz kolejny zmienia się w rozległe łąki z rzadką porośnięte drzewami. I tu też po raz kolejny zmuszony jestem podpychać rower pod wał, który na moje oko ma 5 metrów wysokości, jest gęsto porośnięty pokrzywami i na tyle stromy, że rower obciążony sakwami chce wywinąć koziołka w tył. Dla jadących tą trasą proponuje jechać szczytem wału przeciwpowodziowego, który uchroni nas od takich niespodzianek, a także zapewni możliwość dokładniejszej obserwacji okolicy. Po przejechaniu około 3-4km wałem zjeżdżam w stronę Warty i szukam miejsca na biwak, które znajduje po 5 minutach. Miejsce chyba idealne, nad samą wodą znajduje stolik z ławkami, miejsce na ognisko wytyczone kamieniami, a z boku drewno na opał, z którego korzystam. Po rozbiciu namiotu i rozpakowaniu sakw przynoszę jeszcze brakującą ilość opału, teraz okazuje się, że przesiąknięte kilkudniowymi opadami drewno nie chce się rozpalić. Lekko zmęczony próbami rozdmuchania ogniska, po raz kolejny udaję się po rozpałkę. Zbieram tylko gałązki wiszące w powietrzu, a wiec takie, które wiatr szybciej osuszy. Tym razem się udaje, i zasiadam przy ognisku piekąc kiełbaski. Po przejechaniu około 40km w niecałe 7 godzin, o godzinie 23.30 idę spać.  CDN

Poniższe zdjęcia są podpisane i ustawione chronologicznie.

 
 

Tagi: , , , , , ,

Zostaw odpowiedź

Musisz się zalogować aby móc komentować.